poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Cytrynowe baterie? Poznajemy elektryczność w kuchni (eksperyment)

Drodzy mali eksperymentatorzy! Przed Wami kolejny eksperyment. Tym razem przyjrzymy się bliżej elektryczności. Czy wiecie, dlaczego w gniazdku znajduje się prąd lub co na baterii oznacza znak ‘+’ i ‘-‘? A czy ktoś z Was słyszał kiedyś pojęcie „elektron”? Doświadczenie, które za chwilę przeprowadzicie, pozwoli wam lepiej zrozumieć tajemniczy świat elektryczności.

Rozpoczynamy od przygotowania wszystkich potrzebnych elementów do przeprowadzenia eksperymentu. Będą to:

  • Cytryny – 6 sztuk,
  • Druciki miedziane (w ich znalezieniu poproście o pomoc rodziców),
  • Spinacze,
  • Nożyczki,
  • Miedziane monety (najlepiej pięciogroszówki – sześć sztuk) albo blaszka miedziana,
  • Gwoździe ocynkowane – sześć sztuk,
  • Zegarek elektroniczny lub zwykła dioda.

Wszystko gotowe? Zaczynamy!

1. To zadanie rozpoczniemy od ‘obudzenia’ cytryn. Każdą cytrynkę poturlajcie po stole (można ją trochę przygnieść). Dzięki temu miąższ ze środka trochę się poluzuje, czyli niejako się obudzi. A w naszym doświadczeniu potrzebujemy bardzo dobrze działających owoców :)
2. Następnie weźcie kawałek miedzianego drucika i dokładnie obwiążcie jedną monetę. Jeśli macie druciki pokryte izolacją, poproście dorosłych, by pomogli wam je zdjąć za pomocą nożyczek. Zróbcie tak ze wszystkimi monetami.
3. Teraz pora na gwoździe. Do nich również podłączcie miedziane kabelki.
4. Weźcie do ręki cytrynę i nożyczkami zróbcie nacięcie (w odległości nie większej niż 3 cm od siebie). Uważajcie na ostre końce nożyczek!
5. W jeden otwór cytryny włóżcie monetę, w drugi gwóźdź.
6. Miedziany drut z monety podłączcie do jednego końca diody, natomiast drugi koniec drutu z gwoździa podłączcie do drugiego końca diody.
7. Świeci się? Jeśli tak to gratulujemy! Zbudowaliście swoją pierwszą baterię!
8. Jeśli nie – nie poddawajcie się. Spróbujcie zamienić końcówki. By dioda się zaświeciła, niezbędne  jest prawidłowe jej podłączenie.
9. Działa? Jeśli tak to fantastycznie. Jeśli natomiast nie – to jeszcze lepiej! Oznacza to bowiem, że kontynuujemy nasz eksperyment w celu poszukiwania zagubionego prądu.
10. Może się okazać, że wytworzone napięcie jest za małe, by zaświeciła się dioda (lub by włączyć nasz zegarek). Dlatego do eksperymentu czas włączyć pozostałe cytryny. W jaki sposób? Oczywiście: szeregowo!
Połączenie szeregowe – co to takiego?
Wyobraźcie sobie, że stajecie z całą klasą w kole. Następnie każdy z Was łapie się za ręce. Obwód jest zamknięty. To jest właśnie połączenie szeregowe. Zatem, by stworzyć szeregowy obwód z cytryn ułóżcie je wszystkie w jednej linii.
11. Musimy rozbudować nasz obwód – czyli naszą cytrynową baterię. By to osiągnąć drut z monety (znajdującej się w cytrynie nr 1) podłączcie do gwoździa, którego umieścicie w cytrynie nr 2. W odpowiedniej odległości umieśćcie kolejny gwóźdź i kontynuujcie tak długo, aż skończą się cytryny : ).
12. Na końcu powinny zostać Wam: końcówka drutu z połączenia z gwoździem (w cytrynie nr 1) oraz końcówka druga drutu z połączenia z monetą (w ostatniej cytrynie). Obie końcówki podłączcie do diody.
13. Świeci? Gratulujemy! Oto wasza pierwsza bateria! Jeśli zdarzyłoby się, że jednak nie, wróćcie do punktu 8.

Eksperyment gotowy! Pozostaje dowiedzieć się, dlaczego to działa?

Okazuje się, że w naszej cytrynie zachodzą dwie reakcje chemiczne. Jedna pomiędzy gwoździem a cytryną (anoda), a druga pomiędzy monetą a cytryną (katoda ‘+’). Obie reakcje powodują, że przez druty zaczynają przepływać elektrony. Specjalnie użyliśmy różnych metali, by mógł nastąpić przepływ elektronów. Gdybyśmy użyli przykładowo dwóch gwoździ (zamiast gwoździa i monety) elektrony stałyby w miejscu.  A tak, wytworzyliśmy prawdziwy prąd elektryczny!

Jak zawsze mamy dla Was konkurs. Pytanie brzmi:

Czy z warzyw też można wyprodukować prąd? Koniecznie podajcie przykłady! Najciekawsze prace nagrodzimy warsztatami w EduFun!

piątek, 19 kwietnia 2013

Czy istnieją potwory morskie?

W dawnych czasach żeglarstwo nie należało do bezpiecznych zajęć. Zdradliwe prądy morskie, piraci czy wreszcie... potwory, sprawiały, że nie brakowało mrożących krew w żyłach “morskich opowieści”. Bohaterem niektórych z nich jest pochodzący z mitologii skandynawskiej Kraken, gigantyczny stwór przypominający ośmiornicę. Według opowieści dawnych marynarzy miał mierzyć nawet półtorej mili długości i swoimi gigantycznymi mackami oplatać i zatapiać statki. Często też udawał... wyspę, budząc się, gdy stąpali po nim ludzie. Powodował także wiry morskie, a marynarze toczyli z nim przerażające walki.


Często legendy są w pewnym stopniu odbiciem rzeczywistości – niezwykłe, morskie opowieści miewają swoje źródło w spotkaniach z prawdziwym zwierzęciem. Tak jest i w tym przypadku. Tajemniczy stwór to kałamarnica olbrzymia, jeden z największych mięczaków świata, którego rozmiary dochodzą do osiemnastu metrów, z czego dwanaście metrów mają jej gigantyczne macki. Należy do głowonogów, podobnie jak często jadane kalmary i ośmiornice. Występuje na głębokościach od 300 do 1200 metrów i żywi się między innymi rybami, skorupiakami i małżami. Sama często pada ofiarą jeszcze większego mieszkańca mórz – mierzącego do dwudziestu metrów długości kaszalota. Potrafi on nurkować na rekordowe dla ssaków głębokości, by upolować gigantycznego głowonoga.



Przypadki udokumentowanych (inaczej niż fantastycznymi opowieściami marynarzy) spotkań z kałamarnicą olbrzymią są niezwykle rzadkie. Pierwsze w historii nagranie żywego okazu udało się zrealizować dopiero w 2011 roku. Wcześniej wiedzę na temat zwierzęcia mogliśmy czerpać z badania martwych okazów. Wynika to z faktu, że kałamarnica olbrzymia jest wyjątkowo płochliwa, co w połączeniu z głębokościami, na których występuje, czyni z niej obiekt wyjątkowo trudny do obserwacji. Aby wykonać jedyne nagranie przedstawiające żywy okaz, japońska ekipa naukowców musiała użyć łodzi podwodnej korzystającej ze zbliżonego do podczerwieni światła niewidocznego dla kałamarnicy. Tylko dzięki temu zwabiony na przynętę głowonóg nie spłoszył się i możliwa była jego obserwacja. Ten sukces pozwala sądzić, że wraz z rozwojem technologii będziemy w stanie częściej obserwować kałamarnicę olbrzymią w jej naturalnym środowisku.

Czy więc istnieją potwory morskie? Potwory – nie. Bez wątpienia jednak morskie głębiny są pełne tajemnic i zamieszkują je naprawdę niezwykłe, warte poznania stworzenia.

środa, 17 kwietnia 2013

Diament – kamień bardzo szlachetny

 Diament – piękny i niezwykle cenny. Patrząc na oszlifowany kamień, nazywany brylantem, trudno uwierzyć, że jest jedną z odmian węgla. Dlaczego nie jest czarny, brudzący i nie można go wydobywać w kopalniach na tony? Ponieważ powstaje w wyjątkowych warunkach w głębi Ziemi, przy temperaturze przekraczającej 1300 stopni Celsjusza i ciśnieniu wynoszącym 70 ton na centymetr kwadratowy. Jest też niezwykle rzadki, a znalezienie go jeszcze trudniejsze. Na powierzchnię Ziemi trafia razem ze skałami wulkanicznymi, ale te zawierają jedynie śladowe ilości diamentów. Czasem zdarza się, że diament zostanie odsłonięty w wyniku erozji z otaczających go minerałów. Wraz z wodą opadową wędruje korytami rzek i można go znaleźć przy ich odpływach. Najczęstszym jednak sposobem poszukiwania diamentów jest eksplorowanie skał wulkanicznych, w których może występować, lub poszukiwanie minerałów, często występujących w otoczeniu diamentów.


Diament, który powstaje w ekstremalnych warunkach, jest też ekstremalnie trwały. Jest najtwardszym występującym w przyrodzie minerałem, co bez wątpienia przysłużyło się jego karierze pośród jubilerów. Kto nie chciałby dostać kamienia, który “będzie na zawsze” (jak mówi się o diamentach)? Jednak trzeba pamiętać, że diament diamentowi nie równy, aż cztery czynniki ważne są dla znawców przy jego ocenie. To karat, określający wagę, barwa (od żółtej, najmniej szlachetniej, po barwę “bezbarwną”, najszlachetniejszą), czystość i szlif. Ten ostatni zależy już od człowieka i służy temu, by dostrzec w diamencie wyjątkowe dla niego zjawisko, polegającą na wewnętrznym odbiciu i rozszczepieniu światła. Kamień doskonale oszlifowany (co może trwać nawet dwa lata!), czysty, bezbarwny i o przyzwoitej wadze (czyli ilości karatów) jest niezwykle cenny.


Diament stosowany jest nie tylko jako kamień jubilerski. Dzięki swojej niezwykłej trwałości wykorzystywany jest do cięcia i ścierania innych materiałów, stanowiąc tworzywo lub dodatek do wierteł, noży czy skalpeli. Diamenty doskonale spisują się w tych rolach nie tylko ze względu na twardość, ale też wyjątkową precyzję cięcia. Diamentowym ostrzem można operować z dokładnością do pół mikrometra (czyli jednej tysięcznej milimetra).

Wracając do węgla – diament nie jest jego jedyną odmianą. Pozostałe, podobnie jak diament nazywane odmianami alotropowymi (czyli różniące się właściwościami fizycznymi i chemicznymi, ale pozostające w tym samym stanie skupienia), to między innymi grafit, fuleren czy grafen. Z grafenu właśnie zbudowane są miniaturowe, puste w środku walce, czyli nanorurki. To nadzieja nanotechnologii, czyli technologii rzeczy tak małych, że zobaczyć je można tylko pod mikroskopem. Nanorurki są niezwykle trwałe i ze względu na swoje rozmiary służyć mogą do budowy bardziej skomplikowanych i przy tym wciąż “nano” struktur. A diament? Jego główne zastosowanie pewnie się nie zmieni. Nadal będzie cieszył oczy posiadaczy i... portfele znalazców :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Skąd się biorą burze?

Wraz z późną w tym roku wiosną przychodzi czas zmiennej, kapryśnej pogody. Słoneczne dni przeplatają się z szarymi i zachmurzonymi. Możemy obserwować także bardziej spektakularne zjawiska pogodowe – burze.


Być może widzieliście, podczas zawodów lub pokazów, balon z charakterystycznym palnikiem umieszczonym w koszu. Pilot takiego balonu co jakiś czas włącza płomień. Robi to, aby rozgrzać powietrze wypełniające powłokę balonu i dzięki temu unieść się do góry. Wykorzystuje w ten sposób zjawisko, polegające, w skrócie, na tym, że ciepłe powietrze unosi się do góry, podczas gdy zimne opada w dół. Zjawisko to odpowiada także za gwałtowne zjawiska pogodowe. Burza powstaje, gdy ciepłe powietrze, zawierające dużą ilość pary wodnej, wędruje w wyższe, zimne warstwy atmosfery (pamiętajmy, że im wyżej, tym jest zimniej). Tam gwałtownie się skrapla, czyli zmienia w deszcz, czemu towarzyszy błysk i grzmot.

Burze są szczególnie groźne dla człowieka ze względu na występujące podczas nich wyładowania elektryczne – pioruny. To efektowne, ale niebezpieczne zjawisko zachodzi, kiedy wewnątrz chmury lub w kierunku ziemi przepływają elektrony o ładunku ujemnym, zostawiając za sobą zjonizowane powietrze, odpowiedzialne za charakterystyczne, rozgałęzione ślady świetlne piorunów. Czym jest jonizacja? Jony to cząsteczki o za małej lub za dużej ilości elektronów. Gdy jest ich za dużo, mamy do czynienia z jonami dodatnimi, gdy za mało – z jonami ujemnymi (anionami). Właśnie ich duża ilość powstaje podczas wyładowań burzowych.

Aby przygotować się na ulewny deszcz, porywisty wiatr i pioruny można wykorzystać internet. On-line dostępne są mapy aktualnie występujących w Polsce burz, ostrzeżenia o nich można także przeczytać na stronie Polskich Łowców Burz. Mimo że nie mieszkamy w tak “ciekawym” pod względem zjawisk atmosferycznych kraju jak Stany Zjednoczone, gdzie burze często przekształcają się w gwałtowne tornada, warto mieć szacunek dla pogody i pamiętać o jej niszczycielskich możliwościach.

piątek, 12 kwietnia 2013

A Ty co zjesz w kosmosie? Jedzenie astronauty.

Lubicie jeść? My także! Dzisiaj będziemy pisać o jedzeniu, ale... w kosmosie. Jak poradzić sobie z tak podstawową czynnością w miejscu, gdzie prawa grawitacji nie obowiązują i wszystko swobodnie unosi się w przestrzeni? Przede wszystkim poza Ziemią astronauta nie znajdzie sklepów spożywczych, dlatego trzeba zabrać odpowiednią pożywienia ilość z Ziemi. Do tego musi jedzenie musi być tak przygotowane, by mogło przetrwać przez dłuższy czas i po otwarciu w warunkach nieważkości nie spowodować żadnych szkód. Jak to osiągnąć?

By lepiej to zrozumieć, prześledźmy historię powstawania specjalnych posiłków dla astronautów. Na samym początku otrzymywali oni tylko tubki z pastami i mrożone, sproszkowane dania trudno rozpuszczalne w wodzie. Na szczęście wraz z każdą kolejną wyprawą w kosmos naukowcy opracowywali nowe formy jedzenia oraz maszyny ułatwiające ich spożywanie i przechowywanie.  Dziś astronauci mogą korzystać już nie tylko ze sztućców, ale również z urządzeń podgrzewających jedzenie, ułatwiających jego obróbkę i spożywanie. Brakuje jedynie lodówek, stąd też jedzenie jest specjalnie pakowane, by mogło przetrwać w temperaturze pokojowej.

Obecnie posiłki na stacji kosmicznej przypominają domowe jedzenie. Jest tak, ponieważ piecze nad przygotowywaniem kosmicznego menu sprawuje cały sztab lekarzy i specjalistów, których przypada ponad dwudziestu na jednego astronautę. Dzięki takiej opiece każdy członek załogi stacji kosmicznej spożywa 3 posiłki dziennie, które mają odpowiednio określone wartości odżywcze.
   
Dieta kosmonautów jest bardzo różnorodna. Spożywane przez nich produkty można podzielić na trzy grupy:
  • naturalnie suche, na przykład orzechy, sucharki itp.,
  • pozbawione wody, np. koncentraty soków, które można spożywać po rozpuszczeniu w wodzie,
  • termicznie przetworzone, czyli inaczej dania gotowe do spożycia oraz owoce.

A co z przyprawami? Astronauci mogą ich używać czy też doprawiać posiłki na przykład ketchupem. Jest jednak jeden warunek – przyprawy muszą być rozpuszczone w wodzie lub oleju, ponieważ w stanie nieważkości, czyli braku grawitacji, każdy okruszek (nawet drobinka pieprzu czy kryształek soli) może poważnie zagrozić załodze stacji kosmicznej.

Wszystkie posiłki przeznaczone dla astronautów przechowywane są w specjalnych opakowaniach, w których nie ma powietrza, czyli tak zwanych opakowaniach próżniowych. Co ciekawe, w każdym kraju, który wysyła swoje załogi na stacje kosmiczną, istnieje kilka fabryk i gospodarstw wyspecjalizowanych w wytwarzaniu jedzenia dla kosmonautów.  Są one oddalone od osiedli ludzkich i zabezpieczone, ponieważ pożywienie dla astronautów musi być pozbawione jakichkolwiek mikroorganizmów, a mięso, owoce i warzywa powinno być najwyższej jakości.

Najciekawszy przykład zakładu produkującego kosmiczne jedzenie mieści się w Chinach, kilkadziesiąt kilometrów w głębi pustyni. Na jego obszar nie mogą wjeżdżać nawet rowery, by nie zanieczyścić powietrza...

Chcecie poznać inne ciekawostki o kosmosie? Zapraszamy na nasze zajęcia. Start rakiety gwarantowany!

środa, 10 kwietnia 2013

Tajemnice naszej kuchni - eksperyment.

Nim zabierzecie się do pracy, przygotujcie wszystkie materiały:
  • czarną herbatę,
  • kwasek cytrynowy,
  • ocet,
  • sodę oczyszczoną,
  • szklanki,
  • łyżeczki,
  • miskę
  • ciekawość świata :)

Doświadczenie, które łatwo przeprowadzić w domu wprowadzi każde dziecko w niezwykły świat chemii.
Czym jest skala pH, jak sprawdzić czy coś jest kwaśne, czy nie?  Czas rozpocząć eksperymentowanie!
  1. Zaczynamy od przygotowania najważniejszego elementu udanego eksperymentu – czyli ciekawości świata! Każdy, kto jest ciekawy, co skrywa przyroda gotowy jest do zabawy.
  2. Przygotowujemy miejsce pracy. Cerata i miska niezbędne!
  3. Czas przygotować wszystkie odczynniki. Poproście rodziców, by zaparzyli mocną, czarną herbatę. Drugą szklankę napełnijcie zimn wodą i dodajcie 3 łyżeczki kwasku cytrynowego i 3 łyżeczki octu.
  4. Następnie napełnijcie cztery puste szklanki do połowy wcześniej zaparzona herbatą.
  5. Do każdej szklanki dodajcie po cztery, pięć kropel przygotowanych odczynników (kwasku cytrynowego oraz octu). Zauważycie, że barwa herbaty zmienia się w zależności od dodawanego odczynnika, jak również od jego ilości. Na przykład im więcej dodasz cytryny tym jaśniejsza stanie się herbata.

Wniosek

Wynik tego eksperymentu na pewno znacie z własnego doświadczenia. Im więcej dodajecie soku z cytryny, czyli im bardziej kwaśne jest środowisko tym herbata staje się jaśniejsza. W środowisku zasadowym natomiast przyjmuje bardzo ciemna barwę.


Kontynuujemy!

Znacznie bardziej czułym wskaźnikiem (czego?) w naszej domowej kuchni jest sok z czerwonej kapusty. Możecie go przygotować, gotując drobno posiekaną czerwoną kapustę. Ostudźcie otrzymany wywar i przelejcie go do czterech szklanek, podobnie jak wcześniej herbatę. Przeprowadźcie eksperyment dokładnie tak samo, jak powyżej. Czy widzicie jakieś różnice?


Wniosek

Im bardziej zasadowe środowisko, tym bardziej zielony kolor przyjmuje nasza kapusta. Natomiast w środowisku kwaśnym barwa powinna pozostać praktycznie taka sama.


Zadanie dla najbardziej odważnych młodych chemików!

Eksperyment ten koniecznie wykonajcie nad miską! Wykorzystajcie materiały, jakie pozostały wam z poprzednich eksperymentów.
1. Na dnie miski postawcie szklankę (najlepiej z eksperymentu po czerwonej kapuście) z roztworem sody oczyszczonej.
2. Dolejcie do niej wywar z octem. Pamiętajcie, by szybko odsunąć się od miski!
3. Cieszcie się pierwszym osobiście stworzonym wybuchem małego wulkanu!


Wniosek

W wyniku połączenia kwasu i soli zasady (octu i sody oczyszczonej) wydzielił się dwutlenek węgla. Dwutlenek węgla to gaz, który również my produkujemy. Zbierany jest on przez czerwone krwinki i transportowany przez układ krwionośny. Wydychamy go wraz z powietrzem przez płuca.


Konkurs

Czy wiecie, jakimi innymi kuchennymi substancjami możemy zbadać pH? Poszukajcie ich w domu, przeprowadzając eksperyment jak wyżej. Najlepsze odpowiedzi nagrodzimy! 

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Argentynozaur – największy z dinozaurów

Brontozaur (obecnie nazywany Apatozaurem), Diplodok, Tyranozaur – te gatunki wymarłych przed 65 milionami lat dinozaurów są powszechnie znane. Dzięki wieloletnim badaniom paleontologów, czyli badaczy skamieniałości, poznajemy kolejne gatunki prehistorycznych gadów, takich, których nie widzieliśmy w żadnej z części Parku Jurajskiego. Jednym z nich jest rekordzista pod względem wielkości – odkryty w 1993 roku przedstawiciel grupy zauropodów – Argentynozaur (który, jak sama nazwa wskazuje, został odkryty w Argentynie). 

Argentynozaur, źródło: Eva K./Wikipedia

Jego gigantyczne rozmiary zadziwiają. Mierzył 37 metrów długości, czyli tyle, co dwa autobusy przegubowe, i miał 8 metrów wzrostu. Gdyby ten potężny gad sunął ulicami miasta, zaglądałby, wyciągając długą szyję, do okien czwartych pięter budynków i z trudem wyrabiał się na zakrętach. Czulibyśmy też drżenie ziemi przy każdym jego kroku, ponieważ ważył około 90 ton.

Można się zastanawiać, jakie przyczyny środowiskowe uzasadniały tak gigantyczne rozmiary Argentynozaura, czyli, po prostu, po co być aż tak dużym? Jedną z nich jest sposób, w jaki się odżywiał. Roślinożerne zauropody żywiły się liśćmi i pędami drzew, na co pozwalały im długie szyje (podobnie, jak u współczesnej żyrafy). Co ciekawe, najnowsze badania dowodzą, że ich pożywieniem była także trawa. Gigantyczne gady pasły się więc, skubiąc prehistoryczne łąki, w czym pomagał im długi ogon będący przeciwwagą dla szyi. Gdy dosięgały roślin swoimi małymi głowami, o stosunkowo słabych mięśniach żuchwy, zęby służyły im jedynie do odgryzania pożywienia, nie do żucia. Dlatego też gadom potrzebny był olbrzymi, wielokomorowy żołądek, gdzie pokarm trawiony był z użyciem nietypowych pomocników – niewielkich kamieni, które po połknięciu służyły do rozcierania w żołądku twardych części roślin. Zauropody były też bardzo mało ruchliwe, co służyło powiększaniu się ich rozmiarów. Wielkość miała też dla nich znaczenie ze względu na podobny ptakom sposób oddychania – wentylację płuc wspomagały umieszczone w klatce piersiowej i brzuchu worki powietrzne. Olbrzymie rozmiary były też doskonałą ochroną przed drapieżnikami. W swoim środowisku nasz Argentynozaur nie miał naturalnych wrogów.

Inna sprawa, że Ameryka Południowa w okresie późnej kredy pozwalała gadom na duże rozmiary. Odcięta od pozostałych kontynentów mogła stworzyć swój własny, specyficzny ekosystem, w którym wielkie dinozaury nie były rzadkością. Ich przykładem jest nie tylko Argentynozaur, ale też Futalognkozaur czy Puertazaur. Najprawdopodobniej jednak zauropoda z Argentyny można uznać za największe zwierzę kiedykolwiek chodzące po Ziemi.

piątek, 5 kwietnia 2013

Kosmiczna toaleta


źródło: NASA
Nikt, kto nie był w kosmosie, nie może sobie wyobrazić, jak trudno jest tam wykonać najprostsze, codziennie czynności. Samo korzystanie z toalety staje się nie lada wyczynem. 

Kosmiczne WC z zewnątrz trochę przypomina to, co każdy z nas ma u siebie w domu, ale na tym podobieństwa się kończą. 

Toaleta na stacji kosmicznej jest równie skomplikowana, jak i cały statek. Dlaczego tak się dzieje?  Wyobraźmy sobie świat, w którym nie ma grawitacji, czyli nie przyciąga nas pole magnetyczne Ziemi i możemy swobodnie latać w powietrzu. Interesująca perspektywa, prawda? Pytanie jednak, jak w takim razie jeść, myć się czy też korzystać z ubikacji? Normalne, codzienne czynności stają się poważnym problemem.

Aby astronauta mógł skorzystać z toalety musi usiąść na niej w jednej, określonej pozycji, i starannie się do niej przypiąć.  Kosmiczna ubikacja, jak widać na zdjęciu (schemat 1) ma specjalne rączki i podnóżki, dzięki którym można skorzystać z toalety i nie odlecieć. Robiąc siusiu, kosmonauci używają specjalnej rury ze zmienną końcówką, dzięki której oddawane płyny trafiają do celu.  W przypadku, kiedy chcą skorzystać z toalety dłużej, muszą na tyle starannie zasiąść, by zostać lekko przyssani do sedesu.  Dlaczego? Odpowiedź kryje się we wnętrzu samej toalety.  Znajduje się w niej niewielka pompa, która zasysa do specjalnego woreczka nieczystości.  Następnie są one osuszone i magazynowane, a specjalne filtry oczyszczają powietrze z bakterii i ewentualnych drobinek.

Kosmiczna toaleta nie posiada drzwi tylko cienką materiałową kurtynę. Na szczęście hałas toalety nie jest jedynym odgłosem na stacji, ponieważ działają silniki, wentylatory i klimatyzacja, które skutecznie zagłuszają pracę ubikacji. Niestety Panie astronautki przebywające w stacji kosmicznej nie mogą liczyć na własną łazienkę, ponieważ nie ma tam wystarczająco dużo przestrzeni.  Jednak sama możliwość oglądania naszej planety z kosmosu dostarcza tak niezwykłych wrażeń, że nikt nie przejmuje się takimi codziennymi drobnostkami. 

środa, 3 kwietnia 2013

Witamy na blogu Centrum EduFun!

Witamy serdecznie wszystkich odkrywców ciekawostek świata! Kim jesteśmy? Miłośnikami nauk przyrodniczych. Czym się zajmujemy? Przekazywaniem naszej pasji innym, przede wszystkim dzieciom. Staramy się łączyć naszą fascynację otaczającym światem i zamiłowanie do nauczania w jedno. Staramy się i wychodzi nam to całkiem nieźle :)

Na naszym blogu znajdziecie to, co pomoże Wam w odkrywaniu i rozumieniu otaczającego świata szczyptę chemii, garść fizyki czy odrobinę biologii z geografią. Na pewno nie zabraknie tu doświadczeń, eksperymentów i dużej dawki dobrej zabawy, bo zgodnie z naszym motto: uczymy, bawiąc.

Całkiem możliwe, że już nas spotkaliście. Gdzie? Na przykład podczas Festiwalu Bańki Mydlanej pośród olbrzymich, kolorowych i różnokształtnych baniek lub w największym plenerowym miasteczku edukacyjnym w Polsce (labirynty, wielkie trampoliny, doświadczenia – pamiętacie?). A może byliście na Festiwalu Temperatury im. D. G. Fahrenheita? Jeśli nie, to okazji do spotkań nie zabraknie, a o wszystkich wydarzeniach, w których będziemy brali udział, a także naszych planach i pomysłach, przeczytacie tutaj.

Na naszym blogu obowiązuje zakaz nudy! Znajdziecie tu mnóstwo ciekawostek ze świata nauki; zimą – rozgrzewające i wybuchowe, latem - mroźne, ale zabawne eksperymenty. Opisywane przez nas doświadczenia bez problemu wykonacie w domu. Czytając naszego bloga, dowiecie się, ile niesamowitych możliwości tkwi w zwykłych, wydawać by się mogło, składnikach. Okazuje się, że cukier nie służy tylko do słodzenia, herbata zaś nie tylko do wypicia :)

Świat i jego tajemnice są niezmierzone. Od dziś podróżujcie razem z nami i odkrywajcie je, świetnie się przy tym bawiąc!

Zapraszamy
Centrum EduFun